Żywot Św. Wojciecha

Święty Wojciech
Co za fascynujący zbieg okoliczności, że jeden z największych filarów polskiej literatury nosił nazwisko Słowacki, a główny patron Polski jest… Czechem.

Święty Wojciech, mając dwadzieścia siedem lat, został biskupem Pragi. Niezbyt mu się tam układało więc zwiał do Włoch, gdzie wstąpił do benedyktynów. Później kilka razy wracał jeszcze do Czech, w końcu uciekł stamtąd na dobre, by w końcu z garstką ludzi ruszyć nawracać Prusów, którzy w okolicach dzisiejszego Elbląga albo już w obwodzie kaliningradzkim go zabili. Co tak naprawdę (i czy w ogóle coś) łączy więc Wojciecha z Polakami?  

Nigdy nie czułem z nim specjalnej chemii, mimo tego, że jest patronem z chrztu mojego ojca. W ogóle nigdy nie umiałem znaleźć wspólnej płaszczyzny ze świętymi narodowymi, nierozerwalnie spiętymi z losem ojczyzny, dotykającymi polityki, traktowanymi jako fundament państwowości. Kompletnie nie czuję kultu świętego Stanisława biskupa, zamordowanego przez ludzi Bolesława Śmiałego w wyniku konfliktu politycznego, może obyczajowego, nie wiadomo. Stanisław świętym został chyba z tego powodu, że po prosu był potrzebny ówczesnej Polsce i jej Kościołowi, a kult zbudowano nie tyle na opisach jego świątobliwego życia, ile na cudach, które po śmierci miał wypraszać. Święty Wojciech po licealnych kursach historii średniowiecznej (w które byłem bardzo zaangażowany) też jawił mi się raczej jako genialny projekt polityczny Bolesława Chrobrego, który na jego relikwiach, de facto, wjechał do pierwszej ligi europejskiej polityki, organizując zjazd gnieźnieński i załatwiając sobie u cesarza Ottona III uruchomienie w Polsce pierwszej niezależnej od Niemiec kościelnej centrali.

Na Wojciecha oczy otworzył mi polski średniowiecznik z PAN, profesor Roman Michałowski, który w jednym ze swoich naukowych artykułów skupił się nie na jego śmierci, ale na życiu. Nie na tym, że Wojciech został zamordowany przez poirytowanych ewangelizacją Prusów, ale na tym, jakim był duszpasterzem. Zachęcony przez Michałowskiego przekopałem się przez wszystkie dostępne amatorowi źródła i zza owiniętej w sztandary i wykutej w kamieniu postaci biskupa, który polazł, gdzie go nie chcieli, zaryzykował i przegrał (choć wygrał), wyłonił się frapujący facet: ponad miarę wrażliwy, wyprzedzający swoją epokę, autentycznie wierzący i po prostu dobry, ale też – w najlepszym tego słowa znaczeniu – odrobinę naiwny.

Wojciech pochodził z arystokratycznego rodu Sławnikowiców, więc jego losy w Czechach zwykle ubiera się w ówczesna politykę, źródeł niepowodzenia jego misji w ojczyźnie upatrując w konflikcie jego rodu z rządzącymi Przemyślidami. Tymczasem niechęć do Wojciecha wynikała z tego, że próbował on zaprowadzić w głowach swoich owieczek porządek. Występował przeciwko modnej wówczas wciąż poligamii, apelował do księży, by się nie żenili (uwaga; sytuacja inna niż wyświęcanie na księży mężczyzn, którzy już mieli żony), tępił małżeństwa bliskich krewnych popularne zwłaszcza wśród możnych, którzy z kolei ostro za takie podejście krytykowali Wojciecha. Stanowczo sprzeciwiał się sprzedawaniu chrześcijan w niewolę Żydom, którzy wywozili ich później zwykle na Bliski Wschód i odsprzedawali Arabom (handel słowiańskimi niewolnikami był wówczas jedna z głównych gałęzi czeskiej gospodarki, król czerpał z tego konkretne zyski). Próbował też przekonać swoich diecezjan, by nie handlowali w niedzielę. W żywotach Wojciecha opisywana jest na przykład taka sytuacja, gdy stanął w obronie kobiety, która miał romans, ale, żałując tego, schroniła się przed zemstą męża w kościele. Mąż z kolegami nic sobie jednak z tego nie robił, panowie wywlekli panią ze świątyni i zabili, łamiąc tym samym święte prawo azylu kościelnego, o który mógł prosić grzesznik. To było bezpośrednim powodem wyjazdu Wojciecha z Pragi, rzucenia ręcznika i uznania, że zamiast użerać się gamoniami, lepiej zadbać o własna dusze w jakimś benedyktyńskim opactwie.
Wojciech, zmuszany przez kościelnych szefów, wracał do Pragi i z niej wyjeżdżał, nie mogąc się nadziwić, z jakim opornym towarzystwem przyszło mu się zadawać. Ostatecznie wyemigrował do Niemiec do swojego przyjaciela cesarza Ottona III, a stamtąd trafił na dwór zaprzyjaźnionego z Ottonem Bolesława Chrobrego. Trudno powiedzieć czy planował własne męczeństwo jako sposób duchowej samorealizacji w sytuacji, gdy zawiodły wszystkie inne, czy może po prostu konsekwentnie wdrażał w życie swoją wizję duszpasterzowania. Bardzo zgrabnie maluje ją Roman Michałowski, pisząc, że większość znanych nam hierarchów tamtego czasu preferowała model nazwany „eklezjologią wysp”. W skrócie chodziło o to, że dany biskup tworzył na sowim terenie wyspę świętości i kościelnej „ładności”, dajmy na to, fundując jakiś kościół, kapitułę czy klasztor. W tym miejscu specjalnej troski wszyscy pięknie się modlili i zachwycali Pana Boga odwdzięczającego się im łaskami, z których coś skapnęło też na resztę otaczającego ów święty rezerwat świata. Wojciecha nie kręciło rzeźbienie kościelnych elit, on naprawdę żył tym, że trzeba o Jezusie opowiedzieć każdemu człowiekowi.

Nawet tym nieszczęsnym poganom, do których z kilkoma kolegami się wybrał. Trudno powiedzieć, co z przekazanych nam legend o jego ostatnich chwilach jest prawdą. Mnie porusza opowieść o tym, jak to Wojciech z towarzyszami dopłynęli łódką do pruskiej osady, gdzieś na Mierzei Wiślanej, a miejscowi rybacy próbowali się z nimi porozumieć, choć później wkurzyli się tym, że przybysze nie znają żadnego normalnego (czyli ich, Prusów) języka. Sytuacja się zaogniła, w sprawę wmieszała się napięta polsko-pruska polityka, komuś puściły nerwy, ktoś przestraszył się człowieka, który przychodzi wyciąć w pień tradycję, dziedzictwo, szacunek dla przodków, na których ci ludzie opierali swoją nadzieję na pomyślną przyszłość. Jedni piszą, że Wojciecha zabił pogański kapłan, którego brata wcześniej zabili nasi rodacy, inni, że zrobili to uznający go za czarodzieja przerażeni wieśniacy. Ot piękno Wojciechowego życia i krzyż tego ponadprzeciętnego człowieka: z nim po prostu trudno się było ludziom dogadać.

Nie dlatego, że był charakteropatą. Ale dlatego, że mówił językiem, którego ludzie nie chcieli się nauczyć ani go zrozumieć. I niekoniecznie wszystkich ich trzeba od razu podejrzewać o najgorsze intencje. Łatwo osądza się tych, od których dzieli nas sto, dwieście czy pięćset lat, gdy już widzimy rzecz w dużo szerszym kontekście. Może prażanie i Prusowie nie nienawidzili Wojciecha, nie byli szatańsko rozpustni czy antychrześcijańscy, ale po prosu – tak jak znakomita większość z nas – panicznie się bali zostawić swój Egipt i iść do Ziemi Obiecanej?
Wojciech w konfrontacji z takim nastawieniem podjął najwłaściwszą decyzję: jeśli ludzie nie chcą, żebym do nich szedł, idę do Chrystusa. Zawsze ciągnęło go do życia w zakonie. Podobno po kolejnej ucieczce ze stolicy, szefostwo dało mu do wyboru: albo wraca do Pragi albo jedzie na misję. Nie wybrał niedorobionych półchrześcijan, ruszył do tych, z którymi mógł zacząć wszystko od początku. Może chciał u nich osiąść, założyć pustelnie, opowiadać o dobrym Bogu przez benedyktyńskie ideały: modlitwą i pracą, a nie gadaniem czy wielkimi akcjami. Zabił go tak naprawdę lęk przed zmianą, pogański religijny fundamentalizm, pogląd, że ma być tak, jak zawsze było 9a nie tak jak być powinno).               

Jeśli ktoś nie chce cię słuchać, bądź konsekwentny, ale nie w gadaniu. Po prostu bądź z nim i rób swoje. Może w końcu on zostanie świętym, może ty zostaniesz męczennikiem – nie ma to większego znaczenia. Nie przekonanie kogoś jest największą wartością, ale wierność prawdzie. Bądź sobą dla nich, a oni niech robią, co chcą. Chrześcijaństwo to nie religia menedźerów czy PR-owców, którzy na koniec roku budżetowego mają dowieźć Panu Bogu wynik, to religia wariatów, dla których miłość jest ważniejsza od ich własnego życia.