Biografia

ŚW. CHARBEL – BIOGRAFIA
Charbel urodził się w ubogiej rodzinie chrześcijańskiej w północnym Libanie. Na chrzcie otrzymał imię Józef (Youssef). Już jako dziecko odznaczał się wielką pobożnością, zamiłowaniem do modlitwy i samotności. W wieku 23 lat wstąpił do maronickiego klasztoru w Annaya, gdzie otrzymał zakonne imię Szarbel (Charbel). W Zakonie odznaczał się wielką miłością bliźniego i posłuszeństwem. Z czasem ojciec Szarbel przeniósł się do znajdującej się w pobliżu klasztoru pustelni pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła. Żyjąc w odosobnieniu prowadził niezwykle ascetyczny tryb życia, poszcząc i umartwiając się, większość czasu spędzając na modlitwie. W pustelni żył 23 lata. 16 grudnia 1898 roku podczas odprawiania mszy świętej dostał udaru mózgu. Zmarł w Wigilię Bożego Narodzenia – 24 grudnia 1898 roku. Po pogrzebie ojca Szarbela miało miejsce niezwykłe zjawisko. Nad jego grobem pojawiła się jasna poświata, utrzymująca się przez wiele tygodni. Spowodowała ona, że do grobu pustelnika zaczęły przychodzić co noc rzesze wiernych i ciekawskich. Bardzo wiele osób za wstawiennictwem św. Charbela doznało cudów. 5 grudnia 1965 roku, na zakończenie Soboru Watykańskiego II papież Paweł VI ogłosił ojca Szarbela Makhloufa błogosławionym. 9 października 1977 roku w Watykanie Paweł VI kanonizował ojca Szarbela.
3
 
ŚWIĘTY CHARBEL MAKHLOUF
(Sz. Hołownia, Święci codziennego użytku, Warszawa 2015, s. 120-128)
Po pierwsze chciałbym dać świadectwo, że niektórzy modlili się w Polsce do świętego Charbela na długo przed tym, zanim zaczęło to być modne. Dobrych szesnaście lat temu od lektury książkowego wywiadu rzeki z siostrą Małgorzatą Chmielewską zapamiętałem coś, co powtarzałem później jako pobożną dykteryjkę: święty Charbel, pustelnik żyjący w XIX wieku w górach, jakieś pięćdziesiąt kilometrów na północ od Bejrutu, jest niezwykle skuteczny w sprawach transportu (na przykład, gdy strzeli oponka albo silnik się czegoś zakaszle) pod warunkiem modlitwy za Liban.

Mój drugi kontakt ze świętym miał miejsce parę lat później w Meksyku, gdzie w absolutnie każdym przykościelnym sklepie można kupić dowolnej wielkości figury świętego Charbela – od pasujących na biurko po takie, które można sobie postawić w salonie zamiast choinki, w ogrodzie zamiast fontanny albo w Świebodzinie obok strzegącego lubuskich pól betonowego Jezusa. Bałem się go. Święty w tym swoim kapturze, czarnych szatach, ze spuszczonym wzrokiem, wyglądał jak Merlin albo członek rady pedagogicznej Hogwartu, a nie jak zawsze rumiany święty Stanisław Kostka czy przyjemna, bo malowana na słodko święta Tereska od Dzieciątka Jezus.

Lud meksykański religijność ma barwną i konkretną. Latynoska emocjonalność w połączeniu z trudami życia sprawia, że kto żyw, ze łzami w oczach szuka sobie skutecznych wspomożycieli, a gdy otrzyma, o co prosił, dziękuje za to wylewnie, namiętnie i bez końca. To proste jak konstrukcja cepa: jeżeli święty Charbel nie „załatwiłby” tym ludziom tego, o co proszą, po tej „Charbelomanii” nie byłoby śladu.

Jakieś trzy czy cztery lata temu ze zdumieniem zauważyłem, że zaczyna się ona przenosić do Polski. Takich historii nie da się odgórnie zadekretować. Po prostu nagle w religijnych sklepach zaczynają pojawiać się obrazki, później lepsze czy gorsze (zwykle gorsze) książki o życiu danego świętego. Na tylnych ławkach w kościołach ląduje coraz więcej przynoszonych tam i zostawianych przez ludzi „modlitewek” czy nowenn. Pojawia się coś w rodzaju analogowego viralu. Ludzie sami dzielą się lekarstwem, które pomogło im, więc polecają je innym. Czują też coś w rodzaju zobowiązania wobec dobrego człowieka z nieba, chcą odwdzięczyć  się mu tym, że poszerzają „rynek” jego czci. Pisałem już o tym gdzieś indziej: święci nie pragną kąpieli w sławie, nie liczą followersów na Twitterze czy Istagramie, ich szczęściem jest to, że ktoś obdarowany za ich pośrednictwem powie później dobre słowo (na przykład dziękuję) Panu Bogu.

Co do tego, że święty Charbel teraz się tam znajduje, nie ma cienia wątpliwości. Kanonizowany został w 1977 roku, a do jego macierzystego klasztoru w Libanie tylko w latach 1950-1970, gdy trwały procesy beatyfikacyjne i kanonizacyjne, dotarło trzysta tysięcy listów ze świata. Potwierdzone pisemnie relacje o wyproszonych przezeń cudach idą pewnie w dziesiątki tysięcy. Z Libanu wieści o nim rozniosła w świat emigracja towarzysząca wojnie domowej trwajacej od lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Charbel trafił więc do stanów, Francji, Włoch, Niemiec. Tam zetknął się z nim najpewniej ruchliwy polski naród i dziś pustelnik z Annai, bo tak nazywa się miejscowość, gdzie był jego klasztor, powoli dorównuje na top liście najbardziej cenionych w Polsce wspomożycieli samemu świętemu Antoniemu  czy świętemu ojcu Pio.

Ja długo obchodziłem go jak pies jeża. W otoczeniu co chwila ktoś na moje nowe hagiograficzne ekscytacje odpowiadał: „A nie, dziękuję, nie potrzebuję nowego patrona, bo my się modlimy do świętego Charbela”. Nie mogłem się jednak przemóc, umieściłem go już bowiem w szufladzie, której lepiej nie otwierać, bo jak stamtąd wyskoczy, zaraz będzie się gapił tym surowym wzrokiem, zaleci radykalną ascezę, a na odchodne jeszcze opieprzy za to, że coś się nie tak zrobiło.

Z tych właśnie powodów zawsze unikałem Ojca Pio. Nie wiedziałem, jak ludzie mogą uciekać się do świętego, który miał tak mało wspólnego z tak zwanym normalnym życiem. Był zachowującym obłędną ascezę zakonnikiem. W kontaktach z ludźmi okazywał się raczej gburem. Znów staram się nie przekroczyć cienkiej czerwonej linii, za któr mogę być pewny, że na tamtym świecie drogi Pio zdzieli mnie czymś przez łeb (rzecz jasna z miłością), więc powiem tak: są tacy ludzie, którzy już za życia tak bardzo są w niebie, że wypisują się ze społecznych kodów, które całej reszcie zapewniają poczucie bezpieczeństwa. Nie można z nimi pogadać o niczym jak tylko o sprawach najwyższych i najlepiej krótko, bo przecież lepiej nie rozmawiać w ogóle. Czasem, czytając biografie takich świętych, mam wrażenie, że nie człowieka widzę, a sam napięty kręgosłup. Że nie jem posiłku, a wyłącznie wypreparowane białka albo witaminy. Że obcuję ze swoistymi maszynami Pana Boga, które są zaprogramowane na jeden cel; dotarcie do nieba, doskonale pomijając to wszystko, co dzieje sie w tle, w mikroskali, że patrzą na bliźniego jak na narzędzie, które ewentualnie może im posłużyć do zbawienia.

Gdy bliżej zapoznałem się ze świętym Charbelem i pogadałem z ludźmi, którzy naprawdę zdają się go rozumieć, zwłaszcza z ojcem Michałem Adamskim, dominikaninem z klasztoru przy Freta w Warszawie, zrozumiałem ‘o co kaman’ i teraz myślę, że kto wie – może za jego pośrednictwem nawrócę się też na Ojca Pio. Nie żebym chciał go naśladować, po pierwsze, nie o to (jak się zaraz okaże) chodzi, a po drugie, i tak nie dałbym rady.

Charbel katował się za życia tak, że w porównaniu z jego praktykami życie dzisiejszych kartuzów to wakacje u szejka w Dubaju. Wcześnie odszedł z rodzinnego domu (gdzie wychowywał się z rodzeństwem i wujkiem, bo matka odeszła, by pomagać w gospodarstwie drugiemu mężowi, który został proboszczem w okolicy (Charbel należał do kościoła maronitów, jednego z wyznań chrześcijańskiego Wschodu, uznającego jednak zwierzchność Rzymu). Od tej pory nie utrzymywał z rodziną żadnych kontaktów, nigdy ich nie odwiedzał i rzadko przyjmował ich odwiedziny.

Posłuszny przełożonym skończył studia, wyświęcono go na księdza, ale on wciąż marzył o pustelni. Gdy do niej trafił na dwadzieścia kilka ostatnich lat życia, narzucił sobie następujący reżim; maks trzy godziny snu (od 20.30 do 23.30), reszta nocy spędzona na modlitwie, na klęczkach, bez żadnego podparcia. Jeden posiłek dziennie, zwykle z resztek, które zostały po innych. Dosłownie z resztek; Charbel wybierał sobie resztki chleba – nadpalone, z zakalcem, takie, które oddwano okolicznym psom. Znany był też z tego, że wyskrobywał przypalone pozostałości z garnka albo jadł łodygi roślin, których owoce spożywali bracia (jednemu zwyczajowi pozostał wierny – do wszystkiego dodawał oliwę).

Nigdy w mniszym życiu nie spojrzał kobietom w oczy, rozmawiał z nimi zwykle przez drzwi, a gdy spotkał na polu – uciekał. Odzywał się wyłącznie, gdy go o coś pytano. Pracował najciężej ze wszystkich i zawsze zgłaszał się na zastępstwo za tych, którzy chcieli odpocząć. On, gdy chciał odetchnąć, szedł do nieco lżejszej pracy. Wykonywał też wszystkie wydane mu polecenia, niezależnie od tego, kto był ich autorem: najwyższy przełożony zakonu, czy formalnie dużo niższy od niego samego w hierarchii nowicjusz albo klasztorny sługa. Była to rzecz jasna okazja do robienia sobie przez braci jaj: kazali Charbelowi obładowywać się w sposób niemożliwy jakimiś gratami, a on to zaraz robił. Kazali mu iść po drewno pół dnia w góry, zamiast wyrąbać coś na własnym podwórku, a on nie pytając, czy to ma sens, czy nie, po prostu robił, co mu powiedziano.

Miał w nosie emocje, nie przejmował się ani zakonną polityką, ani dziejami ludzkości, nie interesował się, nie dopytywał, nie przeżywał. Po prostu – wiedział dokąd idzie i nie chciał, żeby cokolwiek go po drodze rozpraszało. To o czym już wspomniałem na samym początku opowieści, a na co zwrócił moją uwagę właśnie ojciec Michał: Charbel to wybitny przedstawiciel mentalności chrześcijańskiego Wschodu, kontynuator myśli panów i pań, którzy gnali z miast w piaski i skały, by tam latami pościć, modlić się, szukać Boga. Nazywano ich ojcami i matkami pustyni. Całe życie poświecili na zmagania z najtrudniejszym przeciwnikiem, czyli samym sobą, bo wiedzieli, że tylko wtedy, gdy będą świadomi siebie, odnajdą coś, co będą mogli zaoferować Bogu i innym ludziom. To wbrew pozorom jest bardzo dobra wiadomość. Bo to znaczy, że nie ma znaczenia, co robisz – czy zamiatasz ulice, czy jesteś prezydentem, czy wydaje ci się, że jesteś największym grzesznikiem, czy bardzo świętą dziewicą: zawsze masz siebie. Chcesz nauczyć się sztuki walki? Nigdy nie jest za późno na walkę ze swoimi ograniczeniami. Niczym mistrz z klasztoru Szaolin od rana do nocy, pod okiem swojego Mistrza, ćwicz ruchy. Słuchaj siebie, bądź uważny, karm się Ewangelią i patrz, co to zmienia. A pod koniec życia ludzie zaczną do Ciebie przychodzić. Zwabieni nie reklamą, a tym, że nagle jakby od niechcenia zaczniesz robić cuda.

Charbel wcześnie osiągnął doskonałość, więc zaczął ich dokonywać już za ziemskiego życia. W zgodnej opinii tych, co go znali, był niezwykle pogodnym, ciepłym, delikatnym człowiekiem. Nie było w nim cienia świętej grozy, budzenia lęku przed majestatem Pana, pohukiwania na grzeszników. Co chwila wysyłano go gdzieś, by uzdrowił sparaliżowanego, wskrzesił chore niemowlę, wyleczył chore jedwabniki albo przegonił szarańczę z pola. Był w tym niezwykle skuteczny, nie opryskiwał pestycydami, tylko mówił: „Błogosławione stworzenia, jedzcie to, co rośnie dziko, a nie nasze uprawy!”.  Co ciekawe – gdy ludzie prosili go, by się za nich modlił, odpowiadał zwykle, że oni sami mogliby się modlić za siebie i miałoby to taką samą moc. Nie ma co szukać speców, delegować zadań na innych, szukać wymówek: przecież wszyscy jesteśmy równi, wszyscy przyjęliśmy w końcu chrzest. To, czego nigdy nie odmawiał, to błogosławieństwo. I to ono przynosiło pożądane skutki. Nie preferował modelu: Charbelu załatw mi coś u Tego, u kogo trzeba, ale Charbelu – życz mi dobrze i powiedz, że Bóg mi dobrze życzy! Ech, gdyby ludzie tylko rzeczywiście uwierzyli, że Bóg ich nie śledzi, ale dobrze im życzy, niebo strzelałoby cudami jak podczas gradobicia na Zamojszczyźnie w czerwcu!
Całe życie Charbela, gdy przyjrzeć mu się dokładniej, to tak naprawdę podręcznik, zbiór lekcji. W całości są jak koncentrat, jak syrop – przeciętny człowiek takiego stężenia nie przełknie, ale gdyby wziąć choć parę kropli i rozrobić z naszą własną, codzienną wodą okaże się, że ta cała asceza to nie była jakaś czcza duchowa kulturystyka, że ona naprawdę pomaga żyć w praktyce. Na przykład charbelowa powściągliwość w mówieniu. Na pierwszy rzut oka wygląda nieludzko koszmarnie. OK, ale wyobraźmy sobie, że przyjmujemy jednak zasadę mówienia tylko wtedy, gdy rzeczywiście mamy coś do powiedzenia. No i ma to być coś, co przyniesie jakieś dobro drugiemu człowiekowi. Momentalnie znikają plotki, znika small talk, znikają pleplania wszechwiedzących głów, PR polityków i sprzedawców. Czy świat nie byłby bardziej znośny? Czy to nie kuszące: żyć, pracować i kochać w otoczeniu, w którym panuje doskonała kojąca harmonia dźwięku i ciszy?

Hagiografowie Charbela ekscytują się cudami, jakie działy się z jego ciałem po śmierci. Oszczędzając drastycznych szczegółów, powiem tyle: mimo przechowywania początkowo w koszmarnych warunkach nie uległo rozkładowi, ale przez prawie sto lat wydzielało litry przedziwnej surowiczej cieczy, która w początkowej fazie woniała nader niemile, a dopiero później zapach stawał się przyjemny. Zjawisko ustało dopiero w 1993 roku, gdy – na pośmiertne życzenie Charbela, wyrażone w objawieniu – każdego dwudziestego drugiego dnia miesiąca zaczęto organizować pielgrzymki do jego grobu. Wcześniej, chyba w 1950 roku, wydarzyło się coś zabawnego. Grupa kleryków przyszła strzelić sobie zdjęcie przy pustelni Charbela, a po zrobieniu odbitek okazało się, że on wbił im się na fotę niby rasowy „spoiler”, który gdy chcesz się uwiecznić, nagle zjawia się w obiektywie. Bez cienia wątpliwości stwierdzono, że to Charbel – to jedyna jego fotografia. Jakby chciał o sobie przypomnieć, powiedzieć: „Halo, tu jestem!”. Dlaczego?

Nie sądzę, żeby świętemu chodziło o lans, raczej o to, by po pierwsze, ludzie zrozumieli, że niezależnie do tego, kim są w życiu, jeśli wezmą się za siebie, na pewno będą tym, kim mogliby być. Charbel po śmierci stał się krzyczącym znakiem mówiącym: „LUDZIE! Bóg jest DOBRY!”. Święty wykazuje się tu poczuciem humoru: dopóki będziecie mnie badać, wycinać mi wnętrzności (co robiono w celach naukowych), traktować jak cudowny gadżet, to ja wam będę śmierdzieć. Nie rozłożę się, ale zaleję wam pół klasztoru czymś dziwnym. Przestańcie mi zaglądać do trumny, wołać lekarzy, angażować patriarchów, zrozumiecie, co jest grane, o czym opowiada cała ta historia, to nie będę was już dręczył wonią, ale spokojnie sobie wyschnę (co też się w końcu stało).

Nie będę przytaczał tu poszczególnych cudów „załatwionych” przez Charbela, bez trudu znajdziecie ich opis w każdej księgarni albo w internecie. Gdybym miał wymienić trzy rzeczy, które najbardziej mnie w nim pociągnęły, na pierwszym miejscu odnotowałbym to, że on – choć był drzwiami, przez które na świat weszło tyle dobra – nigdy nie zasłaniał Nadawcy. Nie jego pobożne zaklęcia leczyły ludzi, a żywy Bóg, Eucharystia, na którą, gdy tylko mógł, prowadził tych, co się do niego zgłaszali.
Po drugie – to, że nie marudził, ale służył wszystkim. Grzesznikom i świętym, chrześcijanom, a także muzułmanom szyitom licznie zamieszkującym tamtą okolicę. Wszystkim błogosławił wodę, którą przynosili, biegał ratować ludzi i zwierzęta.
Po trzecie – gdy się patrzy na Charbela, stają przed oczami czasy Jezusa. Kiedy chodziły za nim tłumy chorych, biednych, potrzebujących, którzy szukali ukojenia w Jego słowach, ale – nie oszukujmy się – liczyli też na to, że nie będzie już długów, dziecko wyzdrowieje, biznes wypali, kogoś wypuszczą z więzienia. I to się z pewnością działo, inaczej bowiem tych tłumów za Jezusem by nie było. Poszliby do kogoś innego, konkurencja na rynku wędrownych kaznodziejów była wtedy obłędna.

I może po to właśnie Bóg pozwolił dziś w świecie tak aktywnie działać naszemu Charbelowi. Bo nasz świat jak nigdy potrzebuje dziś kogoś, kto jego problemy tu i teraz rozwiąże, a nie tylko przemyśli, przedyskutuje i wrzuci do Excela. Mnie wychowano (a raczej sam się tak wychowałem) w mentalności: niedobrze jest być zachłannym, to co już masz, to  wola Boża. Super, wszystko racja. Ale co, jeśli Bóg to Ktoś, kto kocha mnie dużo bardziej i naprawdę chce zrobić dla mnie coś ekstra? Rozwiązać problemy nie tylko wagi superciężkiej: ktoś ma raka i umiera, ale też i te mniejsze bóle, które jeśli nie znikną, świat się przecież nie zawali, ale byłoby jednak łatwiej, gdyby wyparowały? Co przeszkadza Ci wierzyć, że ktoś troszczy się rownież o życiowe drobiazgi? Ewangelia mówi przecież wyraźnie: „Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, to o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą” (Mt 7,11). Ludzi nie gubi dziś obojętność Boga, ale ich przekonanie o własnej samowystarczalności. To proste.

PS I jeszcze jeden drobiazg, pozornie bez związku z Charbelem. Czytając jego biografię pióra ojca Jeana Skandara (jedną z dziesiątek biografii, Charbela otacza już bowiem całkiem przyjemnych rozmiarów dewocyjny przemysł), trafiłem na przypis informujący, że jeden z jego uczniów, późniejszy generał zakonu maronitów ojciec Al-Tannuri, oddał państwu francuskiemu w zastaw wszystkie należące do zakonu ziemie w zamian za kredyt w wysokości miliona franków w złocie, żeby wyżywić ludność Libanu w czasie wielkiego głodu w latach 1915-1918. Jakie to cudowne widzieć, że rzeczy są po to, by służyły ludziom, a nie po to, by je mieć. Z dedykacją dla ludzi naszego Kościoła, uwaga: wcale nie tylko dla jego funkcyjnych i biskupów.